Opinie, wywiady, recenzje

OPINIE NA TEMAT RECENZJI TEATRALNYCH

O opinie na temat recenzji teatralnej pytamy członków Kapituły.

Prof. Bożena Frankowska 

Profesor Jan Kott na seminarium teatralnym uczył nas, że najważniejsza w recenzji jest odpowiedź na cztery podstawowe pytania: co?, o czym?, jak?, po co? Profesor Zbigniew Raszewski na prywatnym nocnym seminarium w swoim domu  (opisane przez Zbigniewa Wilskiego w „Pamiętniku Teatralnym”) dorzucał: ze znajomością historii lub pokrewieństw (jeśli to prapremiera). Obaj Profesorowie pisywali recenzje – Pierwszy bardzo dużo, Drugi  – niewiele, ale  Obaj – świetne.

Idąc za tymi wskazówkami należałoby  powiedzieć  najpierw trzy zdania o autorze i jego tekście wziętym do wystawienia, jak dramat, adaptacja, scenariusz – w czasach, gdy kultura wokół nas była wg filozofów i socjologów „kulturą słowa” (literatury). Dziś natomiast, gdy wg filozofów i socjologów otacza nas „kultura obrazu” (raczej „obrazków”) trzeba odpowiedzieć najpierw na pytanie, co stanowi „materiał” na przedstawienie – tekst literacki czy pomysł artysty teatralnego – dramaturga, inscenizatora, realizatora, reżysera…

Potem już trzeba się skupić na rozwikłaniu treści, jakie niesie (lub – nie) przedstawienie, czyli poinformować czytelnika, co stanowi temat rozważań teatralnych – w grze dramatycznej, pantomimie, śpiewie, tańcu czy po prostu „melanżu” lub „recyklingu” tych konstytutywnych rodzajów teatru, jakimi były (i są, a zapewne i będą):  balet, dramat, opera, pantomina i gatunki pochodne z XIX i XX wieku.

Z kolei trzeba przystąpić do opowiedzenia, jak przedstawienie wygląda, jak zostało zrobione. Kolejno:

  1. w jakiej przestrzeni (w tradycyjnym teatrze czy w „miejscach nieteatralnych”) i w jakiej scenerii;
  2. z jakimi i jak grającymi aktorami, czyli z jakim zastosowaniem aktorskiej wrażliwości i umiejętności czysto warsztatowych w zakresie dykcji, gestu, mimiki, ruchu i z zastosowaniem dla jakiego celu (to dziś bardzo ważne): użytych do stworzenia postaci teatralnych czy tylko do wystawienia na pokaz aktorskiego ciała, jak to jest praktykowane  w postdramatycznym typie teatru, usuwającym z pola widzenia akcję, fabułę, postacie teatralne, związek skutkowo-przyczynowy a bardzo często także sens;
  3. z jakim zastosowaniem innych tworzyw teatru, jak muzyka, plastyka, śpiew, taniec  i różnych efektownych naleciałości współczesnych w rodzaju błysków światła, podświetlanych ekranów, hałasów i wrzasków, razem zdążających do chaosu, który  ma coś znaczyć. Recenzent powinien umieć odkryć dla widza, co te efekty mają wyrażać.

A na koniec powinien – w zależności od teoretycznej orientacji i swoich teatralnych przekonań – mieć odwagę ocenić przedstawienie, sens przekazany widowni, w porównaniu z zamiarem i wykonaniem. I wskazać miejsce przedstawienia i jego  twórców na mapie teatralnych dokonań, rozwoju teatru i jego tworzyw – interesujące, bo nieznane, skrywające wiele nowych możliwości, stare jak świat, ale świetnie zastosowane, albo  wprawdzie stare jak świat, ale wykazujące zawstydzający brak opanowania podstawowych umiejętności – aktorskich i w zakresie innych tworzyw teatru. Wszystko po to, by twórcy teatralni nie pokrywali braku talentu czy zawodowego wykształcenia  kolażem, melanżem, montażem efektów o rodowodzie  z przełomu XIX i XX wieku, a gdy chodzi o „teatr zmysłów” to i dalej… aż do mroków Średniowiecza i obscenicznego mimu  popisującego się na  jarmarkach w okresie  Wędrówki Ludów (IV-VI w. n.e.).


Maciej Prus

fot. Janusz Bogacz

Odnoszę wrażenie, może mylne, że wielu dzisiejszych recenzentów, nawet po specjalistycznych studiach, wstydzi się uprawiania tego zawodu. Woleliby być antropologami albo socjologami, takie raczej mają aspiracje. Trudnienie się recenzowaniem traktują jako rodzaj pośledniej czy zastępczej pracy. Po co więc to robią? Może to i sąd niesprawiedliwy, czytam dzisiaj znacznie mniej recenzji niż kiedyś, obserwuję życie teatralne z boku, ale to, co wpada mi ręce takie właśnie sprawia wrażenie.

Chciałbym, aby prace nadesłane na ten konkurs zadały kłam tym moim spekulacjom (?), a zarazem były świadectwem, że polszczyzna autorkom/om nie jest obca. Obok bowiem ucieczki w rejony rozważań należących do wiedzy o kulturze, drugą bolączką współczesnej recenzji jest językowa nieporadność.


Sławomira Łozińska

Od autorów recenzji oczekuję:

Rzetelnego opisu przedstawienia; zwróci moją uwagę forma literacka, popisanie się wiedzą o inscenizacjach tego tytułu, tego autora, tego teatru, porównanie kreacji aktorskich z innymi kreacjami tych aktorów lub kreacjami tych ról granymi przez innych aktorów: kiedy, gdzie, jak?
Porównanie myśli inscenizatora z innymi jego inscenizacjami. Podzielenie się wiedzą o szeroko pojętym temacie, chociaż forma nie musi być rozwlekła.
Sprecyzowanie swojego zdania na temat tego przedstawienia i mimo to nie odstraszenie potencjalnego widza od pójścia do teatru.


Tomasz Miłkowski

Przewodniczący Kapituły Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego, o sztuce recenzowania i recenzentach:

Najtrudniej pozostać w zgodzie z własnymi przekonaniami, gdy piszesz o przedstawieniach swoich przyjaciół. Wtedy drżysz, że sprawisz im ból albo przecenisz ich sukces – tracisz obiektywizm ocen. Kłopot sprawia również naturalna zmiana poglądów, nawet ze sfery estetycznej, a wraz z upływem lat twoje oceny ulegają nieuchronnym zmianom. Profesor Roman Ingarden uważał, że najlepszym odbiorcą sztuki jest ktoś o wrażliwości dziecka. Idealnym krytykiem jest więc taka osoba, która, przychodząc na spektakl, traci pamięć o dotychczas obejrzanych przedstawieniach: siada w fotelu albo na ławce, albo czasem stoi jak słup i zachowuje się tak jakby pierwszy raz była w teatrze. Ingarden głosił utopię czystości odbioru.

Ten będzie dobrym krytykiem, kto jest w stanie wznieść się ponad własne gusta. Może nie tak radykalnie. Lepiej powiedzieć, kto będzie się starał wznieść ponad własne gusta, ale przecież tych gustów nie ukrywał. Warto więc postępować tak: to, co widzę, ja bym zrobił inaczej, jednak ktoś zrobił to właśnie tak, muszę więc to uszanować i w dobrej wierze ocenić. Próbuję zrozumieć, dlaczego coś zostało tak zrobione, i co twórca chciał mi przez to powiedzieć. Ja przecież w teatrze jestem gościem, a nie zarządcą. Jeśli jednak zostanę potraktowany lekceważąco albo dostrzegę, że rzetelną pracę zastępują pozory, nie mogę tego przemilczeć.

Zawsze towarzyszy mi ryzyko błędu. Cóż, historia krytyki, jest historią pomyłek krytycznych.

Od kilku lat prowadzę zajęcia ze studentami Akademii Teatralnej. Niektórzy z nich będą krytykami, niektórzy już tego fachu dotknęli. Czego od nich oczekuję?

Po pierwsze: szacunku dla faktów; trzeba się trzymać tego, co widzimy/słyszymy, a nie wyobrażeń o tym, co byśmy chcieli zobaczyć/usłyszeć.
Po drugie: nieustannego wzbogacania wiedzy ze wszystkich regionów sztuki i w ogóle humanistyki.
Po trzecie: zachowania powściągliwości w ocenach, skromności i samowiedzy o własnych ograniczeniach.
Po czwarte: czytelności przekazu, niepopisywania się erudycją, niezamęczania czytelnika/słuchacza sobą.
Po piąte: dbałości o język wypowiedzi, o jasność wywodu; krytyka jest dziwnym obszarem pisarstwa, sytuującym się między literaturą a dziennikarstwem.

Mam nadzieję, że te „przykazania” znajdą wyraz w pracach przesłanych na nasz konkurs.


Grzegor